31 grudnia 2011

HAPPY NEW YEAR FOLKS!!!

Just remember one thing though.


POLICE TEETH - Awesomer Than the Devil



Dziś coś co wszystkich nas może lekko wprowadzić w szampański noworoczny nastrój. Pochodzące ze Seattle Police Teeth w jednej z najciekawszych płyt ostatniego mijającego roku. Dziesiątki odniesień do takich zespołów jak Young Widows, Akimbo, These Arms Are Snakes, Superchunk czy motorycznego Guzzard. Czyli ostra gra konwencją z poczuciem humoru i radością. Idę o zakład że kolesie lubią dobrze schłodzone piwo, czystego burbona w oparach dymu papierosowego i swojego vana czy innego pickupa, w którym przemierzają świat siejąc wszędzie spustoszenie. Niebezpieczni z nich zbóje.




DL

30 grudnia 2011

CIRCUS LUPUS - Super Genius


Najradykalniejszy muzycznie zespół jaki kiedykolwiek został wydany przez Dischord Rec. Żrący, skręcony, motoryczny hałas z genialnym basistą i pieprzniętym wokalistą. Tras, duszna aura, ucieczka od obłędu. Posługując się wytartą formuła należy powiedzieć absolutny klasyk!



DL

29 grudnia 2011

BROKEN WATER - Whet


Wydaję mi się iż nie mam kompetencji by skrobać na temat takich niesamowitych zespołów jak Broken Water. Zawsze kiedy coś mi się kojarzy z Sonic Youth tracę jasność widzenia i orientację. To wszystko wina tej przeklętej schizofrenicznej płyty o wdzięcznym tytule Bad Moon Rasing, której echa i nastrój pojawiają się na Whet. Nie da się również ukryć iż to pochodzące z Olimpii w stanie Waszyngton trio wyznaje kult Dinosaur Jr. Obraz dodatkowo zaciemnia ukryty ale odczuwalny duch Unwound i kapel często wpatrujących się w swoje obuwie. Genialne nagrania!



DL

28 grudnia 2011

BOOK OF CAVERNS - S/t

Dokonania tych pochodzących z Edmonton młodych gości można określić epitetem emo z mocnym patetycznym post-rockowym dodatkiem zespołów pokroju This Will Destroy You i najnowszych projekcji japońskiego Envy. Trochę według schematu spokojne, stopniowe budowanie napięcia, stop eksplozja wszystkich wątków i melodii, stop rezygnacja. Każdy słyszał już coś takiego wcześniej ale jak to zawsze z zespołami z Kanady bywa ma to swą moc i o dziwo chwyta za serce. Być może nie zwróciłbym na nich baczniejszej uwagi gdyby nie ich wspólny siedmiocalowy split z Damages o którym już wkrótce.


DL

27 grudnia 2011

GRIEVER - Inferior


Część byłych muzyków wysokooktanowego Lewd Acts w kolejnych artystycznych poszukiwaniach. Zespół dodajmy od razu ma niewiele wspólnego z ich wcześniejszymi dokonaniami. Oczywiście wciąż stąpamy po pewnym gruncie...no może nie do końca gdyż nawet po skrupulatnej analizie muzycznych części składowych nie można jakoś Grievera łatwo ustawić w jakimś dobrze znanym szeregu. Pewnie to nazbyt buńczuczne porównanie ale wyobraźmy sobie Dillinger Four grającego utwory Kylesa na modłę Queens of the Stone Age. Nie mogę was zapewnić że tego rodzaju zestawienie przeprowadzi was przez ich muzykę...ale jedno wiem na pewno jest to kawał świetnej dźwiękowej wędrówki.







26 grudnia 2011

UNHINGED - Crime and Punishment


Belgijski hardcore/punk. Mocno ocierający się o crust z takim lekkim emocjonalnym liszajem. Zespół kiedyś ogromnie popularny w kraju nad Wisłą za sprawą kasety wydanej przez NNNW. Z wydaniem tej płyty manufaktura z Nowego Targu męczy się chyba do dziś. Nagrania te wciąż posiadają ogromną moc i siłę rażenia. Doskonały szaszor robią mieszane wokale i lekkie selektywne brzmienie. Polityczne liryki są wykrzykiwane na przemian po angielsku i francusku. Unhinged znaczy szurnięty.


25 grudnia 2011

RORSCHACH - Autopsy


Pochodzili gdzieś z New Jersey. Istnieli tylko parę lat. Na krótko pojawili się ponownie w 2009 roku. Pozostają chyba tylko obok Neurosis jednym z najbardziej wpływowych i wyprzedzających swój czas ansambli. Frenetyczny, chaotyczny, prosto w mordę ale i mocno pokombinowany  hardcore z silnym antysystemowym przekazem. Po rozpadzie Rorschach byli członkowie udzielali się w Deadguy i Kiss it Goodbye. Czyste zło! Szach i mat!


DL

24 grudnia 2011

WHAT'S WRONG THOEI? - S/t

Nie wiem jakim cudem zapoznałem się z tym zespołem. Ciężko też jest znaleźć jakiekolwiek informacje na ich temat. Pochodzą z Kanady i są na prawdę godni uwagi. Racząc nas łomotliwym, roztrzaskanym lekkim punkiem. Żadne błyskotliwe porównanie nie przychodzi mi do głowy...to chyba te przedświąteczne zawirowania tak wybijają mnie z rytmu.





21 grudnia 2011

THE UNITED SONS OF TOIL - When The Revolution Comes, Everything Will Be Beautiful (2011)


Cóż za stylistycznie zróżnicowany album!
Na tyle mnie tylko w tym momencie stać! Nazbyt dużo tu twórczych nawiązań do śmietanki gitarowej zgrzebności... Od kilku tygodni żyję właściwie ich muzyką. Jednak nie mogę się mimo wszystko pozbyć wrażenia, że to jedynie ilustracja do tego co TUsOfT stara się przekazać. Wielka polityka obecna jest tu na każdym kroku...i to jest kolejna rzecz która lokuje ich bardzo wysoko. Warto poczytać ich teksty np. Alkoholizm w byłych republikach sowieckich...
Świetna płyta!
Na okładce Zniszczenie Nowogrodu przez Iwana III autorstwa Klaudiusza Lebiediewa.





20 grudnia 2011

SHIELD YOUR EYES - Shield 'em


Ucieczka od londyńskiego szarego nieba może przybierać różne formy. Ciężka praca, albo dekadencja lub jakiś inny obłęd. Z drugiej strony, przez analogię do Czesława Miłosza który kiedyś napisał o niedoli ludzkiego losu iż najważniejsze to by przełożyć te złe doświadczenia na jakiś język wyrazu...by się nie zamykać...dzielić się. Tak po trochu postępuje londyńskie Shield Your Eyes...w unikatowy sposób łącząc rockowo-matemayczne szpagaty z emowym smutkiem. Jest dziś wiele takich zespołów ale ci trzej panowie robią to jakoś tak inaczej. Odważniej niż inni. Jestem bardzo ciekaw ich scenicznej prezencji. Dobre lumpy!



DL

19 grudnia 2011

SHARKS KEEP MOVING - S/t


Blogowanie to taka zabawa w czystej maści postmodernizm (który podobno jak dyskurs neoliberalny umarł w spazmatycznych konwulsjach dobity dwiema amerykańskimi wojnami o ropę i azjatyckie miękkie podbrzusze). Zamieniasz, przetwarzasz, przeinaczasz w końcu powtarzasz i dodajesz kolejnego potwora do społeczeństwa teatru (spektaklu to za mało). Manifestujesz swoje lęki a globalna sieć zawsze doprowadzi jakiegoś szaleńca odczuwającego podobnie do twojej sypialni i da namiastkę bliskości drugiego człowieka. Na blogach później doskonale to opiszą, bo ty właśnie po to jesteś by ci ciągle obciągały...
Oficjalnym sponsorem dzisiejszych psychobzdurnych  andronów był spokojny z lekka jazzujący Sharks Keep Moving ze Seattle. Miłego poniedziałku.




DL

18 grudnia 2011

CULTURE - Born of You



Jedyna długogrająca płyta hardcorowych wojowników z Culture. Oryginalnie wydana w 1994. W nowej edycji pojawiła się w 1998 roku za sprawą kiedyś uwielbianego Good Life Records. Culture dzielący muzyków z min. Morning Again stanowił opokę amerykańskiej sceny SxE i jeden z jej najjaśniejszych punktów. Słynęli ze swej antysystemowej postawy i wyjątkowych koncertów. Dane mi było zobaczyć ich ognisty występ na żywo w stolicy naszej pięknej Krajny. Całe wydawnictwo świetnie oddaje ducha tej formy zaangażowania .Zdjęcie z koncertu na okładce, koszulka na piersi wokalisty, mocny wysunięty, kartonowy werbel. Brak złudzeń, gorzkie refleksje, otwarty i chłonny umysł. Genialne nagranie. Esencja nowo-szkolnych lat dziewięćdziesiątych.



DL

17 grudnia 2011

KILLSADIE - Experiments in Expectation


Boskie KillSadie...jak mogłem o nich zapomnieć na tak długi czas? To straszne...Zespół który mógł odnieść komercyjny sukces gdyby tylko chciał. Pozostali jednak wierni zasadzie zrób to sam, czym na zawsze zaskarbili sobie nasz szacunek (bycie hardcore to nie tylko rozrywka ale i obowiązki). Od strony artystycznej całkowita swoboda poczynań przekładana warstwą szaleństwa. Nie wiem dlaczego kiedy mowa o KillSadie pada nazwa At the Drive-In. Cóż, de gustibus non disputandum est.




DL

14 grudnia 2011

NINEIRONSPITFIRE - Seventh Soul Sacrificed


 

W Nineironspitfire zamieszani byli ludzie którzy później tworzyli min. These Arms are Snakes. Zespół wykreował nową jakość łącząc metaliczny hardcore zespołów pokroju Strife z noisowym, eksperymentalnym niepokojem i punkowym brakiem skrupułów. Obok Kiss it Goodbye byli tymi którzy przecierali szlaki dla całego, szerokiego spektrum poszukiwaczy nowej tożsamości. Nagrania pochodzą z 1996 roku. Klasyk!







Bitch Magnet + Fu + Smallgang. 12.12.11. The Lexington



Już trochę ochłonąłem po tak wyczekiwanym koncercie BITCH MAGNET. Nie zawiodłem się wcale. Zdrowa soniczna luta...całkowity luz, zero gwiazdorstwa, radość z bycia na scenie. Faktycznie po starciu na żywo muszę stwierdzić iż istotnie zespół stanowił inspirację dla wielu. To było słychać w wielu momentach. Wspomagaczami byli Fu i wielce intrygujący z hipsterskim zacięciem Smallgang. W przerwach z głośników na przemian leciała Zeni Geva, Fugazi, Unwound i Shellac. Czyli bardzo wspominkowo ale z klasą...
Dla mnie to było bardzo ciekawe doświadczenie.
Poniżej próbka tego co zaprezentowało BITCH MAGNET. Z góry przepraszam za kiepską jakość...


POND - S/t


Kiedyś w jednym z numerów starej Fantastyki przeczytałem w rubryce redagowanej przez Alfreda Mostowicza (ciekawa postać swoją drogą) poświęconej dziwnym i niecodziennym teorią naukowym, o angielskim profesorze który twierdził że jeśli już jakiś problem został raz rozwiązany czy wymyślony jest on kodowany niejako w pamięci wszechświata w wielkiej myślni (jak u Jacka Dukaja) stąd częste równoległe odkrycia i częste podobne wnioski, powstawanie trendów i rozprzestrzenianie się mód itd. Oczywiście to teoria czysto spekulatywna ale musi być coś na rzeczy! Tegoroczna moda na lata dziewięćdziesiąte, której katalizatorem na pewno było dwudziestolecie wydania Nevermind Nirvany wywołała  lawinę skojarzeń i asocjacji czego kolejnym przejawem i uzewnętrzneniem jest mój dzisiejszy post.
Pochodzący z Portland Pond działający na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia dwudziestego wieku to grunge pełną gębą. Pełen sprzężeń, gorzki rock wypełniony nonszalandzką niedbałością, punkowym drivem i świetną łamaną perkusją. Jest również miejsce dla hałaśliwych gubiących się w tle rozważań. Nagrania te mają już osiemnaście lat lecz wciąż brzmią świeżo. Pozbawione ukąszeń zęba czasu.
Chyba będę musiał odgrzebać stare numery Outside. Bracia i siostry przed wami Pond.


DL

12 grudnia 2011

WORDS MEAN NOTHING - S/t

Kiedyś już była mowa o Puławy-sound. Dziś kolejny efemeryczny niestety przedstawiciel tej szkoły, szamoczącego się emocjonalnie rannego hardcore. Słowa nic nie znaczą. Cztery piosenki, Polska Anno Domini 2007, gorzka odpowiedź na naszą swojską degrengoladę. Szary kolorem naszego opresyjnego, mam kredyt na mieszkanie społeczeństwa. Uwielbiam!


DL

11 grudnia 2011

DIStroY Sunday #6 Daggers/Worms Feed/Lich + more

Minkia. Jeden z najcięższych dni ostatnich kilku miesięcy Zwolniłem się z pracy itd...przyjąłem masę syfu od różnych debili...starałem się upić, płacąc majątek za żenioną wódkę...nic z tego nie wyszło. Z opałów uratował mnie jak to zawsze bywa hardcore/punk. Otóż, piekielnie zmęczony po odwalonej szychcie udałem się do The Bird's Nest w Deptford na darmowy (!!!) koncert. Koncert jak koncert ktoś może powiedzieć...tylko że nie codziennie można zobaczyć za free takie potęgi jak DAGGERS i LICH. Grali dla 16 osób. Wiem bo policzyłem wszystkich (wliczając w to obsługę baru). Pełen pozytywnych wibracji kroczę dalej...
Jutro BITCH MAGNET!

9 grudnia 2011

LEIAH - The Tigra Songs


Najlepsza europejska odpowiedź na Mineral i Sunny Day Real Estate. Słodko, rzewnie, bardzo melodyjnie i wciąż piekielnie ujmująco brzmią te piosenki po latach. W sumie to zespół do którego co jakiś czas wracam i ciągle mnie ich twórczość wielce porusza. Parę innych kapel próbowało iść tą drogą niestety utknęły na bagnach śmieszności i patetyczności. Natomiast  szwedzka Leiah wróciła z tej wyprawy z tarczą. Warto odwiedzić ich świat.

DL

7 grudnia 2011

TORTUGA - Kings of Albany


Angielska Tortuga powstała z popiołów November Coming Fire, który swego czasu narobił sporo zamieszania na Wyspach. Ale dopiero jako Tortuga odnaleźli swą drogę do zbawienia.
Pełen zwątpienia i desperacji noisowy hardcore z masą wyczucia i transowej pulsacji, będący następnym elokwentnym głosem w dyskusji zapoczątkowanej przez  Nineironspitfire i Breather Resist.
Świetne granie!



DL

5 grudnia 2011

MY DISCO – Paradise

Melbourne, Australia. Trzech panów. Gitara, bas, perkusja. Klasyczne rockowe zestawienie, klasyczny rockowy skład. Nazwa zespołu zaczerpnięta z twórczości Big Black. Płytę nagrywał biały Hendrix, głuchy na jedno ucho Steve Albini. Brak zbędnych ozdobników, samowyciszający się hałas. Matematycznie, boleśnie powtarzane perkusyjne komba, skwiercząca elektryczną spalenizną gitara. Melorecytacje będące kolejną pulsacją bębnów. Niecodzienność, dziwna aura. Post-noise!



DL

KEROSENE 454 - Situation at Hand

Jedna z najważniejszych ekip która kooperowała z Dischord Records. Intensywność i ciężar gitar na przemian z przyjemnymi piosenkowymi rozważaniami i gorzkimi zakończeniami. I co najważniejsze namacalna wręcz radość grania. Kerosene 454 miał bardzo dużo do zaoferowania. Zacne!


DL

4 grudnia 2011

COMPLETE - All systems go


Zdesperowany, politycznie umotywowany duński hardcore, z wieloma odniesieniami do wczesnego Converge oraz szwedzkich ekip pokroju Serene i Children of Fall oraz mocnym intelektualnym zacięciem. Razem z doskonałym Lack pojawili się w mej swiadomości w tym samym czasie. Słychać że kolesie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Reasumując nie wiele jest dziś takich zespołów. A szkoda.


DL

3 grudnia 2011

REGULATOR WATTS - The Mercury cd

Brakujące ogniwo w łańcuchu muzyczno-przyczynowym pomiędzy Hoover i mistrzami czarnej melancholii Abilene. Transowe, rozedrgane kompozycje, rozdarte intensywne partie wokalne i wyróżniające się pochody basowe tworzą razem unikatową duszną aurę. Zespół co nie dziwi mnie wcale zawsze znajdował się w cieniu Hoover niemniej była to orkiestra dla której warto poświęcić parę chwil. Miłego dnia.


DL

2 grudnia 2011

CHAVEZ - Gone Glimmering


Dziś coś co powinno trochę rozjaśnić mroki zimowych dni, właściwie nocy przeplatanej plamami szarości...
Nie będę udawał Greka, choć album ten powstał w 1995 roku mi wpadł w łapska całkiem niedawno. Od razu jednak oszołomił mnie swym bogactwem, kunsztem i różnorodnością.
Chavez pochodził z Nowego Jorku mekki tysiąca gatunków muzyki gitarowej i trudnił się dość w mym mniemaniu specyficzną odmianą rocka. Tak bo jest to płyta na wskroś rockowa, momentami bardzo przebojowa i porywająca ale wciąż będąca w warstwie instrumentalnej niezwykle zawiła i skręcona.
Pewnie się mylę ale to taki blend Tera Melos z Sunny Day Real Estate pod auspicjami At the Drive-In. Na prawdę wybornie się tego słucha. Jeden z moich ulubionych, nowych zespołów z lat 90-tych. Dajcie im szansę, proszę.




DL


1 grudnia 2011

THE SONORA PINE - The Sonora Pine II




Pani Tara Jane O'Neil po rozpadzie niesamowitego Rodan, razem z byłym gitarzystą Lungfish stworzyła The Sonora Pine. Później do składu dokooptowano jeszcze wiolonczelistkę panią Samarę Lubelski i perkusistę Rodan Kevina Coultasa. Efektem końcowym musiało być coś unikalnego. Nie ma tu być może (z pewnością) żadnej ekwilibrystyki. Jest za to spokojnie posuwająca się do przodu odrobinę smutna gawęda, która jeśli ma się tylko trochę szacunku dla cudzych opowieści potrafi dużo ciekawego zaoferować. Często się w ich wsłuchuję...




DL

30 listopada 2011

IN/HUMANITY - Violent Resignation: The Great American Teenage Suicide Rebellion

Brutalny, okrutny, nie biorący jeńców hardcore z noisowymi zagrywkami, morzem żółci i wkurwienia. Jedni z ojców chrzestnych hybrydy zwanej emo-violence. Etykietki nie grają tu roli...
Giń!


DL

29 listopada 2011

KEN MODE - Venerable


Nie jestem wielkim zwolennikiem wrzucania rzeczy które ukazały się stosunkowo niedawno, ale dziś zrobię wyjątek od tej reguły. Ken Mode bo o nich będzie mowa to kanadyjski zespół, cieszący się zasłużonym uznaniem wypracowanym w ostatnich latach dzięki tak kapitalnym dokonaniom jak Mennonite czy Repraisal. Lecz Venerable to już inna wyższa liga! Czołowe zderzenie brudnego, maszynowego, hałasu Unsane czy Anodyne z monumentalnym nie nawidzącym szufladkowania i gwiazdorstwa hardcore po linii (zawsze słusznej) Coalesce i Botch. W kilku zadumanych fragmentach można usłyszeć pewne odniesienia do Young Widows, które bardzo obniżają temperaturę i pokazują klasę Ken Mode.
Słuchać bardzo głośno! Life is too short for second best.






DL

28 listopada 2011

KARATE - In Place of Real Insight


Aptekarski, na granicy chorobliwej  perfekcyjności i laserowej precyzji, niezwykle wysublimowany post-dischord sound. Oszczędność środków może sprawiać wrażenie iż na powierzchni nic się nie dzieje, jednak jest to muzyka skrywająca ocean podskórnej energii. Nie słychać tego od razu, ale od razu to się wyczuwa, a kiedy nadejdzie olśnienie Karate już na zawsze stanie się towarzyszem twego życia. Geniusz!


DL

26 listopada 2011

AS FRIENDS RUST - Eleven Songs


Kompilacyjne wydawnictwo pierwotnie przeznaczone dla słuchaczy Zjednoczonego Królestwa, zespołu który darzę ciągłą estymą i do którego często wracam.
As Friends Rust było grupą pochodzącą z Florydy składającą się z członków wielu topowych ekip min. Bird of ill Omen, Culture czy Morning Again. Z drugiej jednak strony nie słychać tego było prawie wcale w poczynaniach przyjaciół.
Miałem okazję zobaczyć ich na żywo na drugim, hardcorowym dniu ostatniego chyba Turbopanka, który z przyczyn obiektywnych odbył się na Rozbracie (obok Sunrise, Schizmy i Standing Tall) chyba w okolicach 2000 roku i wyszedłem z tego spotkania mocno podekscytowany. Zagrali świetny niestety bardzo krótki set. Dużo bym dał by ich ponownie zobaczyć....



DL

25 listopada 2011

BATTLE OF WOLF 359 - The Death Affect


Widziałem ich około dziesięciu razy na żywo...zawsze brzmieli i prezentowali się wybornie nawet po długim okresie nie koncertowania. Nigdy nie zauważyłem cienia znudzenia czy zmanieryzowania w ich występach a wprost przeciwnie szczerą radość grania i ocean entuzjazmu. Swą sceniczną postawą nie raz wyrwali mnie z otępienia i marazmu...Muzycznie kiedyś trochę mogli się kojarzyć z Neil Perry, lecz szybko wypracowali swój unikalny styl. Dobre z nich punki.




DL

24 listopada 2011

THE VAN PELT - Stealing From Our Favorite Thieves


Słodko-kwaśny post-hardcore byłych i przyszłych członków takich uznanych zespołów jak: Blonde Redhead, Native Node czy Jets to Brazil. Wielce inteligentny i przewrotny. Wyczuć można posmak Slint i odległe echa Rein Sanction i pełen szacunek dla twórców pochodzących z Waszyngtonu.
Lubimy się bardzo...





DL

22 listopada 2011

A DAY IN BLACK AND WHITE - My Heroes Have Always Killed Cowboys

Ekscentryczny, subtelny, w duchu zespołów z Dischord Rec. i City of Caterpillar, pełen kumulowanego napięcia i ogromnej podskórnej energii hardcore ze stolicy USA. Niewiele słyszałem zespołów które tak umiejętnie potrafiły łączyć równie  odległe od siebie żywioły. Wulkaniczne, nieokiełznane erupcje, na przemian z wpatrywaniem się w spadającą kroplę wody. Jedna z tych ekip, która, choć nie stworzyła swojego kościoła, prawie całkowicie wyzbyła się obcych wpływów. Wybitne!



DL

20 listopada 2011

KILL YOUR TELEVISION - Lost songs + ep karate

Pochodzili z Ostrzeszowa w Wielkopolsce. Istnieli w latach 1998-2002. Znali ich jak mi się zdaję tylko nieliczni. Ja też bardzo przypadkowo wszedłem w posiadanie ich nagrań. Choć nazwa nie była mi nigdy obca.
Chłopaki trudnili się zgrzebnym, szorstkim noise, z mocnym polskim akcentem, robiąc to na prawdę dobrze .
Lost songs to nagrania pochodzące z prób. Natomiast karate to epka z 1999 roku i nie wiem czy ktoś to wydał. Kill your television!


DL
DL karate

19 listopada 2011

THE WAYWARD - Overexposure

The Wayward to kontynuacja Carrion zespołu który to pojawił się na naszych łamach już wcześniej. Kontynuacja ale zgoła odmienna, ba dojrzalsza. Każdy kto lubi muzyczną zabawę w wyszukiwanie skojarzeń będzie tu miał nie lada frajdę. Posługując się terminologią szachową powiedziałbym samomat w trzech ruchach. Ot takie dobre sobotnie puzzle.



DL

18 listopada 2011

SOMETHING LIKE ELVIS - Personal Vertigo

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego kontaktu z SLE. Nieszczęśliwy ten kto zna mnie dobrze albowiem musiał tę historię usłyszeć już kilkukrotnie...Otóż, o ile mnie pamięć nie myli rankiem jedenastego listopada roku 1997 dowiedziałem się od kumpla że wieczorem w naszym lokalnym koncertowym depo odbędzie się występ dwóch zespołów. Niestety mój kolega nie był w stanie powiedzieć kto to będzie. Nadmienił jednak że pewnie jakieś przaśne punkopolo bo podobno jedna z tych trup ma w swych składzie o zgrozo! akordeonistę. Ale alternatywy nie było...zresztą chodziło się na wszystko...A dzień było to wyjątkowo paskudny. Siąpiący cały dzień dzeszcz, niebo koloru popiołów z Auschwitz.
Przed koncertem nie piliśmy frugo ani soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy...wszak takie ortodoksyjne punki jak my musiały się zaimpregnować  na wieczór ze ska reggae itd. Będąc już na miejscu, czułem że coś jest nie tak. Tylko dwa zespoły bez lokalnych wspomagaczy, koleś z jednej z kapel w koszulce Neurosis a jego kumple w zamszowych butach typu szczur i jakichś dzinach...o co tu chodzi pomyślałem. Nagle pierwsza kapela na scenie...Pierwsze dźwięki, stoję wryty, buciorem przyciskam moją leżącą na ziemi koparę...surowy, transowy hardcore z szalejącym basem i oszałamiającym pałkerem, śpiewy po polsku ( to koleś w koszulce Neurosis). Napięcie i zaangażowanie, ból istnienia, ale upór i chęć walki, to wszystko słyszałem w ich muzyce. Nie mogłem uwierzyć w to co widziałem...oszołomiony pytam kim jesteście? Odpowiedź: Piąta Strona Świata. Sił starczyło mi by zadać kolejne pytanie. A kto po was? Koleś w koszulce Neurosis...Something like Elvis.


Kiedy ze sceny popłynęły pierwsze dzwięki, byłem już innym człowiekiem...jak uderzony obuchem w zachwycie pochłaniałem wszystko co się działo przed moimi oczyma. Zniknął listopad byli tylko oni tj SLE. Skromni, bezpretensjonalni, z innego świata. Nigdy nie zobaczyłem ich ponownie na żywo...choć właśnie wtedy zaczynała się ich złota era. Personal Vertigo chyba miał się dopiero ukazać za parę dni...ktoś kupił kasetę...nie mieliśmy świadomości co nas wtedy spotkało. Nastąpiło przewartościowanie...




DL

17 listopada 2011

SEAM - Are You Driving Me Crazy?



Zainspirowany dzisiejszym postem pana z kapitalnego http://10fuckingstars.wordpress.com/ który uraczył nas neurotycznym, pajęczynowym Lowercase, postanowiłem wyszukać coś co może trochę wstrzeli się w podobny nastrój. Wybór padł na Chokebore (Black black) i właśnie Seam. Wygrało to ostatnie, pewnie ze względu na zbliżający się koncert Bitch Magnet w którym to kolesie z Seam się kiedyś udzielali.
Genialny, oniryczny, zadumany rock, z którym mogło jedynie stawać w szranki Sunny Day Real Estate...Przemijanie wcale nie boli...



DL

16 listopada 2011

COURSE OF ACTION - Carving Our Way By Tearing Our Faith

Dawno nie słuchałem tego tak kiedyś ważnego dla mnie belgijskiego zespołu. A warto ich przypomnieć gdyż na tej płycie zespół wzniósł się na absolutne hardcorowe wyżyny, w niespotykany sposób łącząc siłę i bezkompromisowość ekipy H8000 z krwawymi emolove songami zespołów z Florydy. Często również operowali patentami ze starego Converge i Botch, osiągając w tym dużą wprawę.
Dziś nikt już tak nie gra.


DL

15 listopada 2011

THE FESTIVAL OF DEAD DEER - The Many Faces Of Mental


Spastyczny, samobójczy, szorujący noise punk z miasta aniołów. Świadomie niedbały, pędzący na zatracenie, z szamocącą się perkusją, chropowatym basem, i emowym posmakiem. Na niczym innym im tak  nie zależy jak tylko na tarzance i czystym wyżyciu się. Wiadomo że we wczesnej młodości zasłuchiwali się zespołami ze Skin Grafu i Gravity. A czym skorupka za młodu...tym na starość The Festival of dead deer. Uwaga szaleńcy!





DL

13 listopada 2011

SHRINEBUILDER - S/t

 Al Cisneros z kosmicznego OM (wcześniej Sleep), Scott Wino Weinrich obsługujący gitarę w takich ansamblach jak The Opsessed i Saint Vitus, Scott Kelly z Neurosis i  Dale Crover pałker The Melvins, połączyli swe talenta, by po raz kolejny dać wyraz swej miłości do tworzenia unikatowych dźwięków i rozwiązań. Prochu wprawdzie nie wymyślili, niemniej Shrinebuilder to dzieło wybitne...Tak faktem jest słychać echa ich wcześniejszych zespołów, ale wszystko jest w odpowiednich proporcjach, nakryte płachtą psychodelicznego mułu. Kult!








DL




12 listopada 2011

MEDICATIONS - Your Favorite People All In One Place

Powstałe z gruzów nieodżałowanego Faraquet, Medications, narobiło swego czasu całą masę zamieszania w mojej głowie. Soniczna, dischordowa kąpiel, z mnóstwem ciepłego kombinowania, quasi jazzową perkusją, szalejącym basem i iście hardcorową energią. To w mym rozumieniu właśnie idealna jesienna płyta...emo dające zdrowego kopa! Nad produkcją czuwał Brendan Canty.



DL

11 listopada 2011

MILEMARKER - Frigid Forms Sell



Prześmiewczy intelektualiści, prowokatorzy, z Milemarkerowej Armii Wyzwoleńczej. W momencie kiedy zespoły pokroju Fugazi czy Hoover już pasowały albo się rozpadły, to właśnie Milemarker najpierw przejął a potem poniósł dalej posthardcorową pochodnię, z czasem stając się klasą dla  siebie.
To jeden z wcześniejszych albumów w historii działania grupy, bardzo gitarowy, dischordowy, z mnóstwem smaczków i ukrytych podtekstów (zapraszam do lektury ich tekstów). Z czasem urozmaicili swe brzmienie elementami elektronicznymi (patrz Satanic Versus) co wciąż było świeże i urzekające, jednak dla każdego nowicjusza zalecane są ich początkowe dokonania. Milemarker!





DL