Brutalny, okrutny, nie biorący jeńców hardcore z noisowymi zagrywkami, morzem żółci i wkurwienia. Jedni z ojców chrzestnych hybrydy zwanej emo-violence. Etykietki nie grają tu roli...
Giń!
Nie jestem wielkim zwolennikiem wrzucania rzeczy które ukazały się stosunkowo niedawno, ale dziś zrobię wyjątek od tej reguły. Ken Mode bo o nich będzie mowa to kanadyjski zespół, cieszący się zasłużonym uznaniem wypracowanym w ostatnich latach dzięki tak kapitalnym dokonaniom jak Mennonite czy Repraisal. Lecz Venerable to już inna wyższa liga! Czołowe zderzenie brudnego, maszynowego, hałasu Unsane czy Anodyne z monumentalnym nie nawidzącym szufladkowania i gwiazdorstwa hardcore po linii (zawsze słusznej) Coalesce i Botch. W kilku zadumanych fragmentach można usłyszeć pewne odniesienia do Young Widows, które bardzo obniżają temperaturę i pokazują klasę Ken Mode.
Słuchać bardzo głośno! Life is too short for second best.
Aptekarski, na granicy chorobliwej perfekcyjności i laserowej precyzji, niezwykle wysublimowany post-dischord sound. Oszczędność środków może sprawiać wrażenie iż na powierzchni nic się nie dzieje, jednak jest to muzyka skrywająca ocean podskórnej energii. Nie słychać tego od razu, ale od razu to się wyczuwa, a kiedy nadejdzie olśnienie Karate już na zawsze stanie się towarzyszem twego życia. Geniusz!
Kompilacyjne wydawnictwo pierwotnie przeznaczone dla słuchaczy Zjednoczonego Królestwa, zespołu który darzę ciągłą estymą i do którego często wracam.
As Friends Rust było grupą pochodzącą z Florydy składającą się z członków wielu topowych ekip min. Bird of ill Omen, Culture czy Morning Again. Z drugiej jednak strony nie słychać tego było prawie wcale w poczynaniach przyjaciół.
Miałem okazję zobaczyć ich na żywo na drugim, hardcorowym dniu ostatniego chyba Turbopanka, który z przyczyn obiektywnych odbył się na Rozbracie (obok Sunrise, Schizmy i Standing Tall) chyba w okolicach 2000 roku i wyszedłem z tego spotkania mocno podekscytowany. Zagrali świetny niestety bardzo krótki set. Dużo bym dał by ich ponownie zobaczyć....
Widziałem ich około dziesięciu razy na żywo...zawsze brzmieli i prezentowali się wybornie nawet po długim okresie nie koncertowania. Nigdy nie zauważyłem cienia znudzenia czy zmanieryzowania w ich występach a wprost przeciwnie szczerą radość grania i ocean entuzjazmu. Swą sceniczną postawą nie raz wyrwali mnie z otępienia i marazmu...Muzycznie kiedyś trochę mogli się kojarzyć z Neil Perry, lecz szybko wypracowali swój unikalny styl. Dobre z nich punki.
Słodko-kwaśny post-hardcore byłych i przyszłych członków takich uznanych zespołów jak: Blonde Redhead, Native Node czy Jets to Brazil. Wielce inteligentny i przewrotny. Wyczuć można posmak Slint i odległe echa Rein Sanction i pełen szacunek dla twórców pochodzących z Waszyngtonu.
Lubimy się bardzo...
Ekscentryczny, subtelny, w duchu zespołów z Dischord Rec. i City of Caterpillar, pełen kumulowanego napięcia i ogromnej podskórnej energii hardcore ze stolicy USA. Niewiele słyszałem zespołów które tak umiejętnie potrafiły łączyć równie odległe od siebie żywioły. Wulkaniczne, nieokiełznane erupcje, na przemian z wpatrywaniem się w spadającą kroplę wody. Jedna z tych ekip, która, choć nie stworzyła swojego kościoła, prawie całkowicie wyzbyła się obcych wpływów. Wybitne!
Pochodzili z Ostrzeszowa w Wielkopolsce. Istnieli w latach 1998-2002. Znali ich jak mi się zdaję tylko nieliczni. Ja też bardzo przypadkowo wszedłem w posiadanie ich nagrań. Choć nazwa nie była mi nigdy obca.
Chłopaki trudnili się zgrzebnym, szorstkim noise, z mocnym polskim akcentem, robiąc to na prawdę dobrze .
Lost songs to nagrania pochodzące z prób. Natomiast karate to epka z 1999 roku i nie wiem czy ktoś to wydał. Kill your television!
The Wayward to kontynuacja Carrion zespołu który to pojawił się na naszych łamach już wcześniej. Kontynuacja ale zgoła odmienna, ba dojrzalsza. Każdy kto lubi muzyczną zabawę w wyszukiwanie skojarzeń będzie tu miał nie lada frajdę. Posługując się terminologią szachową powiedziałbym samomat w trzech ruchach. Ot takie dobre sobotnie puzzle.
Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego kontaktu z SLE. Nieszczęśliwy ten kto zna mnie dobrze albowiem musiał tę historię usłyszeć już kilkukrotnie...Otóż, o ile mnie pamięć nie myli rankiem jedenastego listopada roku 1997 dowiedziałem się od kumpla że wieczorem w naszym lokalnym koncertowym depo odbędzie się występ dwóch zespołów. Niestety mój kolega nie był w stanie powiedzieć kto to będzie. Nadmienił jednak że pewnie jakieś przaśne punkopolo bo podobno jedna z tych trup ma w swych składzie o zgrozo! akordeonistę. Ale alternatywy nie było...zresztą chodziło się na wszystko...A dzień było to wyjątkowo paskudny. Siąpiący cały dzień dzeszcz, niebo koloru popiołów z Auschwitz.
Przed koncertem nie piliśmy frugo ani soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy...wszak takie ortodoksyjne punki jak my musiały się zaimpregnować na wieczór ze ska reggae itd. Będąc już na miejscu, czułem że coś jest nie tak. Tylko dwa zespoły bez lokalnych wspomagaczy, koleś z jednej z kapel w koszulce Neurosis a jego kumple w zamszowych butach typu szczur i jakichś dzinach...o co tu chodzi pomyślałem. Nagle pierwsza kapela na scenie...Pierwsze dźwięki, stoję wryty, buciorem przyciskam moją leżącą na ziemi koparę...surowy, transowy hardcore z szalejącym basem i oszałamiającym pałkerem, śpiewy po polsku ( to koleś w koszulce Neurosis). Napięcie i zaangażowanie, ból istnienia, ale upór i chęć walki, to wszystko słyszałem w ich muzyce. Nie mogłem uwierzyć w to co widziałem...oszołomiony pytam kim jesteście? Odpowiedź: Piąta Strona Świata. Sił starczyło mi by zadać kolejne pytanie. A kto po was? Koleś w koszulce Neurosis...Something like Elvis.
Kiedy ze sceny popłynęły pierwsze dzwięki, byłem już innym człowiekiem...jak uderzony obuchem w zachwycie pochłaniałem wszystko co się działo przed moimi oczyma. Zniknął listopad byli tylko oni tj SLE. Skromni, bezpretensjonalni, z innego świata. Nigdy nie zobaczyłem ich ponownie na żywo...choć właśnie wtedy zaczynała się ich złota era. Personal Vertigo chyba miał się dopiero ukazać za parę dni...ktoś kupił kasetę...nie mieliśmy świadomości co nas wtedy spotkało. Nastąpiło przewartościowanie...